1-4 Czerwca 2017 PIERWSZY COMIC CON W POLSCE

Bohaterowie Gry o Tron przylatują do Polski

Udostępnij
fot. warsawcomiccon.pl, warsawcomiccon.pl
Miliony fanów na całym świecie, ponad 200 tysięcy fanów tylko na polskim Facebooku – taką widownię zgromadził jeden z najlepszych seriali fantasy w historii, czyli „Gra o Tron”. Już na początku czerwca będzie można spotkać się z gwiazdami sagi. Wystarczy wybrać się na Comic Con.

Chyba żaden fan seriali nie pogardziłby okazją spotkania na żywo ze swoim telewizyjnym idolem. A już chyba nikt, kto wiernie śledzi losy bohaterów „Gry o tron”, nie wyobraża sobie, że mógłby przegapić takie wydarzenie.
Na początku czerwca do Polski przylatują bowiem dwie gwiazdy kultowego serialu Melisandra i lord Tywin Lannister, w których wcielili się odpowiednio Carice van Houten i Charles Dance.
Będzie można ich spotkać podczas pierwszej edycji Comic Con w Ptak Warsaw Expo w podwarszawskim Nadarzynie, który zaplanowano pomiędzy 1 a 4 czerwca - http://warsawcomiccon.pl.
Comic Con to pierwsza tego rodzaju impreza w Polsce, której ton nadają pisarze, twórcy, cosplayerzy oraz właśnie gwiazdy seriali. Wreszcie będzie można poznać z bliska i mieć na wyciągnięcie ręki mieszkańców legendarnego Westerosu…
Na czym jednak polega fenomen serialu, który elektryzuje miliony ludzi na całym świecie?

Najbardziej realistyczny film fantasy

Serialowa gorączka rozpoczęła się w drugiej połowie kwietnia 2011 roku. Wtedy w stacji HBO wyemitowano pierwszy odcinek „Gry o tron”.
Serial momentalnie zdobył rzesze fanów. Ekranizacja serii powieści George’a R.R. Martina była strzałem w dziesiątkę i idealnie zagospodarowała lukę na rynku fantasy po dziesięcioletnim panowaniu w kinach i księgarniach „Harry’ego Pottera” J.K. Rowling.
Dotychczas ukazało się pięć tomów sagi „Pieśń lodu i ognia” Martina, która podbiła serca i umysły także polskich czytelników. Sympatycy Lema czy Sapkowskiego mogli dodatkowo skonfrontować słowo z obrazem. W lipcu rusza też już siódmy telewizyjny sezon „Gry o tron” i można spodziewać się nowych rekordów oglądalności.
Pierwszy odcinek trzeciego sezonu obejrzało w ciągu tygodnia ponad 700 tys. widzów w Polsce. Cała piąta seria (czyli dziesięć odcinków) – gromadziła średnio przed telewizorami 87 tys. Polaków; a ubiegłoroczna – już szósta – prawie 30 tys. więcej! Liczby nie kłamią – potwierdzają tylko, że możemy mówić o fenomenie.

Średnia zgonów - 14

Trudno jednakże porównać „Grę o tron” do typowego sitcomu lecącego w telewizji.
Martin nie stworzył odcinkowej powiastki dla dzieci z happy endem. Nie jest to również kino familijne, które dość naiwnie naśladuje życie codzienne, a ulubieni bohaterowie są nieśmiertelni.
W „Grze o tron” nie ma przebacz – tu gra się toczy o uwagę widza i o jego emocje. Twórcy serialu – David Benioff i D.B Weiss do spółki z Martinem – nauczyli się zarządzać wrażliwością widzów i przenosić ją na różne poziomy.
Chyba sam mistrz suspensu Alfred Hitchcock mógłby się od nich wiele nauczyć. W „Grze o tron” niczego nie można być pewnym – czy w następnym odcinku któryś z ważnych bohaterów nie zostanie uśmiercony (średnia zgonów na docinek wynosi 14), jak śp. Eddard Stark grany przez Seana Beana. Jego filmowy pogrzeb wywołał zbiorową histerię. Jedni odgrażali się bojkotem HBO, drudzy słali listy z pogróżkami, ale twórcy pozostali nieugięci. Ten serial nie powstał po to, aby sprostać oczekiwaniom widza – to widz musi sprostać nieoczekiwanym zwrotom akcji i pokrętnej fabule, która nie raz go zaskoczy i zaszokuje.

Świat bez dobrych elfów

Martinowi udało się skutecznie uciec od przedstawiania fikcyjnego świata w kategoriach dobra i zła, gdzie dobro na końcu zawsze triumfuje, a zło musi zostać unicestwione. Taki scenariusz przez lata ugruntował się w filmach fantasy i przyzwyczaił widzów do tej nierównej potyczki z przewidywalnym finałem. W „Grze o tron” nic takiego nie ma miejsca. Tu opowiadający się po ciemnej stronie mocy Lord Vader nie zostałby ostatecznie pokonany, a Jedi nie mogliby zatriumfować nad Imperatorem.
W świecie Martina nie ma też dobrych elfów i złego Saurona, którego królestwo upada, a nikczemnego władcę anihiluje podmuch wiatru. Narracja jest o wiele bardziej życiowa, choć bohaterowie nie mają wstępu do naszej codzienności. A mimo wszystko postacie wydają się realne, prawdziwe, z krwi i kości, choćby miały za partnerów duchy, smoki i inne stwory żyjące tylko w naszej wyobraźni. Dlatego trudno się rozeznać, kto jest jednoznacznie dobry, a kto ewidentnie zły, bo Martina nie interesowały czarne charaktery i moralnie krystaliczni półbogowie.
Serialowa rzeczywistość nie jest zerojedynkowa, każdy z bohaterów nosi w sobie pewien odcień szarości, no może za wyjątkiem Joffreya Baratheona, który nie ma fanów ani po jednej, ani po drugiej stronie mocy.

Serial o życiu

Gdyby więc ktoś niezorientowany w temacie zapytał, o czym jest „Gra o tron”, musiałaby mu wystarczyć mało satysfakcjonująca odpowiedź: „O życiu”. Martinowi, Benioffowi i Weissowi udała się nie lada sztuka – obsadzili w roli serialowych bohaterów de facto realnych telewidzów, którym bajki fantasy w stylu George’a Lucasa czy Stevena Spielberga podobają się tylko jako czytanki do poduszki, ale niczego nie mówią o rzeczywistości.
Możemy mieszkać w odległej galaktyce, ale przecież nasze życie jest wypadkową intryg, cierpienia, okrucieństwa i namiętności – tych wszystkich skrajnych ludzkich cech, których twórcy „Gry o tron” nie zamierzali spłycać, szminkować czy wygładzać.

Sześć milionów dolarów za każdy odcinek

W tym miejscu powinno pojawić się krótkie streszczenie serialu: gdzie rozgrywa się akcja, kto jest z kim, a kto przeciwko komu, którzy bohaterowie są ważniejsi, a którzy mniej ważni. Postronnych widzów takie informacje interesują, bo na ich postawie mogą sobie wyrobić pogląd, czy są zaciekawieni serialem, i czy łaskawie prześledzą kilka odcinków. Niestety mamy dla nich złą wiadomość. „Gry o tron” nie da się oglądać z doskoku. To nie jest jeden z wielu produkcyjniaków, który – po obejrzeniu dwóch pierwszych odcinków – można wyłączyć na kilka tygodni, a później znowu oglądać od środka i doskonale orientować się w temacie.
Martin multiplikuje wątki, jedne postaci uśmierca, drugie znowu powołuje do życia i nie nadaje bohaterom rang pierwszo- i drugoplanowych. Jeśli ktoś pojawia się rzadziej na ekranie, nie jest przez to mniej ważny. A ten, który gra o tron regularnie, może za chwilę więcej nie pojawić się w serialu. Twórcy liczą na odbiorcę, że ten ma podzielność uwagi, orientuje się w kilku wątkach na raz i potrafi zidentyfikować wszystkie postaci. A przez ten czas uzbierało się ich, oj uzbierało. Samych głównych bohaterów naliczono ponad czterdziestu, a w ciągu pięciu sezonów przewinęło się przez ekran ponad 250 aktorów. Tylu chyba nie zagrało nawet w popularnej „Dynastii”.

Jeden odcinek, miliony dolarów

Fenomen serialu nie byłby możliwy bez odpowiednich nakładów finansowych. Koszt produkcji jednego odcinka z dziesięcioczęściowej serii, których zekranizowano już sześć, to – bagatela – 6 mln dolarów (najwięcej – według „Forbesa” – kosztowali „Przyjaciele”, bo 10 mln, czyli tyle, co… pilotażowy odcinek „Gry o tron”). I chociaż serial jest produkcji amerykańskiej, zdjęcia kręcone są również w różnych częściach Europy – w Chorwacji, Irlandii Północnej czy Islandii. Do tego dochodzi efektowna scenografia, kostiumy, ujęcia batalistyczne oraz imponujące efekty specjalne. Nie oszukujmy się, taki fenomen i popularność da się łatwo przeliczyć na pieniądze.

No i ciągle nie wiadomo, jak potoczą się losy bohaterów, jakie będzie zakończenie „Gry o tron”. Tę najpilniej strzeżoną tajemnicę zna tylko Martin oraz Benioff i Weiss, którzy weszli w jej posiadanie na wypadek śmierci autora. Aktorzy nie mają pojęcia, co się dalej wydarzy, widzowie – tym bardziej. I to właśnie powoduje, że tak łakną tego narkotyku i chcą razem z twórcami kultowego już serialu rywalizować o tron.

Udostępnij